To takie oklepane, twierdzić, że sztuka bez wina byłaby znacząco uboższa. A jaka niby miałaby być?! Wszyscy znamy te słynne, pijackie zapędy artystów, dzięki którym są w stanie tworzyć (bądź tak tylko sądzą) dzieła dla potomnych. Niewątpliwie wino ma w tym zakresie niemałe zasługi. Czy da się w ogóle obalić ten dogmat? Czy istnieje ktoś na tyle odważny? 


A co jeśli powiem Wam, że wino może być dla sztuki realnym zagrożeniem?!



 W czasach studenckich, które spędziłam na Wydziale Nauk Geograficznych i Geologicznych, jedną z najgorszych zmór stanowiła Geomorfologia. Właśnie wtedy, po raz pierwszy, miałam bliższe spotkanie z riasem i pomimo tego, że było ono czysto teoretyczne- zionęłam doń nienawiścią. Egzamin zdałam, plecak spakowałam i w mroźny grudniowy poranek wyruszyłam w podróż do La Coruñii, by zobaczyć w końcu na własne oczy te pieprzone riasy. 

Nie po drodze mi ostatnio z dyskontami i marketami. W sieci  co jakiś czas rozgrywa się szaleństwo wokół nowych promocyjnych gazetek z winami. Blogi w tym okresie rozgrzewają się do czerwoności próbując wyłonić hit lub kit z asortymentu owada czy innego stwora. Nie nadążam. A gdyby tak pójść do sklepu i po prostu sięgnąć po pierwszą lepszą butelkę? Tak jak robią to "normalni" ludzie- bez sprawdzania punktów, serduszek i aktualności oferty? Właśnie w ten oto przypadkowy i spontaniczny sposób w moim koszyku z zakupami wylądowała butelka Pierre Chanau Côtes du Rhône Vieilles Vignes 2014. 

Jak trafiłam?