piątek, 20 lutego 2015

Powalentynkowe żale i pretensje


  Walentynki już dawno minęły i większość o nich tak naprawdę zdążyła zapomnieć, a mnie jak zwykle- poniewczasie, wzięło na przemyślenia. Na szczęście dałam sobie spokój z rozważaniami na temat amerykanizacji naszego społeczeństwa i jej zbawiennego/zgubnego wpływu. Wolałam zająć się w tym kontekście kwestią win (czyżby na sali słychać było pomruk zdziwienia?).


  Spostrzeżenie do optymistycznych raczej nie należy, chociaż jak to zwykle bywa na dwoje babka wróżyła... Polacy nadal uważają wino za coś "odświętnego". Nadaje się ono by celebrować Nowy Rok (szampanami bądź "szampanami"). Sprawdza się w wyjątkowych chwilach lub jako elegancki prezent, gdy tak naprawdę nie wiadomo "co do cholery można by wręczyć" (tu jednak mocna konkurencja ze strony whisky). No i w końcu wydaje się wino najbardziej stosowne do podania podczas romantycznej walentynkowej kolacji. I właśnie obserwując ten walentynkowy szał, kiedy to każdy chciał nabyć "jakieś dobre winko na walentynki" dotarło do mnie, że...

   Dobrze, że winem chcemy się raczyć a nie upijać. Nikt kupując taką butelkę nie ma w zamiarze zachlać przysłowiowej pały, a raczej spędzić czas w miłej atmosferze.
  No i wszystko wydaje się być ok, git i na swoim miejscu, i myślicie "o co w ogóle tej babie chodzi?!"...
  A chodzi o jeden niepozorny drobiazg, który sprawia, że wino ciągle traktowane jest zbyt patetycznie i wzniośle. Dobre na kolację walentynkową, ale już zbyt wydumane by podać do zwykłego, codziennego obiadu. Po co wydziwiać- lepiej postawić przy talerzu dzbanek z kompotem...

  Przy takim podejściu wino nigdy nie zagości na polskich stołach jako normalny element codziennego posiłku. Wszyscy w środowisku okołowiniarskim brzęczą o konieczności szerszego dotarcia "pod strzechy", ale przy tym z uporem kreują wizerunek  czegoś niezwykle nobliwego, wiedzę tajemną wręcz!
  Najbardziej rozwalają mnie te wieczorki, gdy panie w koktajlowych sukienkach, panowie pod krawatem, przy blasku kandelabru, spotykają się pod pozorem degustacji, a chodzi im tylko o "bywanie" (oj, jestem przekonana, że wiecie kogo mam na myśli!). To pewnik, że z takiego towarzystwa wychodzą w świat ludzie, którzy nie pijają wina, tylko co najwyżej- etykiety.

Wątpie by osoba, która chce po prostu wypić dobre wino (trzeba pamiętać przy tym, że: "nie to dobre- co dobre, ale co się komu podoba"), piała z zachwytu słysząc wywód, z którego rozumie co drugie słowo. Raczej, jeśli proszą nas o radę, chcą usłyszeć coś konkretnego- "Powinieneś spróbować tego- jest takie i takie. Powinno ci się spodobać". Z czasem przyjdzie pora na terroir, apelacje, maceracje i wysokość pH...

   Sami kręcimy na siebie bicz, z jednej strony marzy nam się popularyzacja picia wina, a z drugiej strony dużo osób związanych z winem tak dobrze czuje się w tym nimbie, otoczce ekskluzywności i hermetycznej duchocie. No prawie jak wybrańcy dotknięci przez boży palec, którzy na "zwyczajnych" patrzą z góry.

  potrzeba zmiany nastawienia branży winiarskiej i degustatorów

  A potem dziw, że tłumy walą do dyskontów. Tam przynajmniej kupując "czerwone półsłodkie" nie czują się głupio lub "trędowato".




3 komentarze:

  1. Jakieś 19lat temu poszedłem z moją ówczesną dziewczyną - dziś od dawna już Żoną-do Jej Dziadostwa (skoro jest Wujostwo to pewnie jest i to...) na jakąś uroczystość rodzinną. Zapytany co chcę do picia odmówiłem zarówno herbaty jaki i kawy oraz kompotu ,soczku itd... Po prostu nie chciałem nic pić ,a kawy nie pijałem i do dziś nie piję w ogóle... I wtedy padło pytanie : to co Wy (bo mieszkaliśmy już razem ) pijecie do obiadu ?! Bez wahania odparłem : wino. To co miało miejsce później znane jest mi tylko z opowiadań Teścia. Rodzina była zaszokowana !! Kogóż to nasza wnuczka(bratanica,córka) wzięła sobie za Towarzysza Życia ?! Dziadek przez resztę wieczoru milczący jakiś się zrobił i tylko mi się przyglądał "spode łba" :) Dziś to zabawna historyjka ,do której często wracamy ,ale wtedy było to szokujące wydarzenie. Teraz znają Nasze upodobania do wina i jest to zupełnie normalne ,a nawet próbują "błysnąć" nieraz zakupionym specjalnie dla Nas winem przy okazji wspólnych spotkań :) Ale uczłowieczanie nie było proste. I nie jest nadal. W najbliższym gronie mamy coraz więcej zwolenników wina i imprezy mają wtedy super charakter ,bo bawimy się tym co Kto przyniesie i wieczór to nieprzerwana degustacja. Ale w szerszym gronie sprawa picia wina nadal jest "odświętna" .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz.
      Uwielbiam takie historie z winem w tle! Opowieść zabawna, a Dziadostwo to już językowy majstersztyk w moim stylu. Komentuj częściej!
      Pozdrawiam :)

      Usuń
  2. A ja sobie myślę, że to jednak kwestia pokoleń i dostępności. Kwestię pokoleń, zostawiam, bo każdy wie o co chodzi. Nie da sie ukryć, że przed "eopką dyskontową" wino było zdecydowanie produktem ekskluzywnym. Pamiętam nasze pierwsze zagraniczne wyprawy, wracaliśmy wówczas obładowani ogromną ilością butelek niedrogiego wina, którego u nas ceny należało pomnożyć razy pięć a może i więcej. Dzisiaj, przywozimy butelki specjalne, wybrane i zdecydowanie nie pierwszo-cenowe.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...