czwartek, 29 stycznia 2015

Etykiety estetyka

  Zarzekajcie się i mówcie co chcecie, ale nie uwierzę, że kupując wino nie patrzycie na etykietę. I nie chodzi tu tylko o czytanie, analizowanie i studiowanie przedniej nalepki czy kontretykiety, (to akurat zawsze warto), ale o sam wygląd. 

Estetykę.





  Niech oburzają się i biją pianę Ci, którzy twierdzą, że nie wolno, nie należy. W istocie, to prawda- nie warto. Jednak koniec końców i tak gdzieś w procesie decyzyjnym będzie miało to znaczenie. Czy chcemy, czy nie. Czy jesteśmy tego świadomi, czy nie. Niech rzuci kamieniem ten kto jest bez winy! Każdy ma wypracowane jakieś poczucie piękna, a naturalnym jest, że szkarada odrzuca człowieka.


Etykiety w stylu "francuskim"- o długiej tradycji, konwencjonalne. Dla tradycjonalistów. Obowiązkowa kursywa i/lub gotyckie pismo.

  Fakt, muszę się zgodzić z jednym- im więcej wie się na dany temat, tym mniejszą uwagę zwraca się na wygląd zewnętrzny (bądź co ważniejsze, nabywa się sprytu i umiejętność czytania "między wierszami"). Nie chodzi tu tylko o kwestie związane z hipotetyczną butelką wina.

  Uwierzcie, dla mnie wystarczy by samochód był srebrnego lub czarnego koloru (czy jakiegokolwiek innego- byle stonowanego), nie za długi i nie za kanciaty. Mój mąż w tym czasie będzie wypytywał o rodzaj silnika, pojemność i "w ile dochodzi do setki". Jednakże na samiutkim końcu jeśli będzie miał przed sobą dwa samochody zbliżone parametrami, rocznikiem i marką, to na stówę wybierze srebrny a nie jaskrawożółty.


 Etykiety dla "prezesów", względnie facetów marzących o byciu Jamsem Bondem.Surowe, ale eleganckie. Co ważne- butelki mają wyglądać na drogie!

   Analogicznie, jeśli to ja bym miała do wyboru dwa podobne w stylu wina: te same szczepy, kraje (czy też apelacje), tak samo mało mi mówiący producenci i zbliżoną cenę to prawdopodobnie wybrałabym te, które bardziej do mnie "przemawia" (to znaczy podoba się). 


No chyba, że ostatecznie kupiłabym oba, co też jest wielce prawdopodobną wersją... 

Typowi przedstawiciele roboczo przeze mnie nazwanego nurtu "less is more" i "fresh n' funky".

  Kontrowersyjna teza, bo przecież "nie ocenia się książki po okładce", ale sorry- nie wierzę, że NIGDY nie zdarzył się Wam taki wybór. Możecie pomyśleć "jakie to przyziemne i płytkie", ale niestety my, ludzie tak mamy, by- nie tyle co spłycać życie, co je upraszczać.

  Czas przestać wypierać to stwierdzenie, czas na odważny coming out

i niżej podpisanej zdarza się wybierać wino po wyglądzie okładki, TFU!, etykiety...

 
Etykiety z serii "z jajem". Zazwyczaj bardzo proste, ledwo pijalne. Ale czy kogoś obchodzi jak smakują, skoro tak czadersko wyglądają?






3 komentarze:

  1. Oczywiście ,że ma to duży wpływ na decyzyjność. Nie ma się co obruszać ani wypierać tego. Ale z drugiej strony jeśli wiemy konkretnie co chcemy kupić ,to nawet najbrzydsza etykieta nie spowoduje zaniechania tego zakupu

    OdpowiedzUsuń
  2. Otóż to! Podpisuję się pod tym oboma rękoma!

    OdpowiedzUsuń
  3. Jako projektant siłą rzeczy przywiązuję wagę do etykiet. Uwielbiam te francuskie. Podobnie kocham kształt burgundzkiej butelki (tej bardziej przysadzistej). Nietrudno zgadnąć których win pożądam najbardziej ;) Jednak najważniejsze zawsze jest to co butelka skrywa.

    PS. Akurat kupiłem wczoraj takiego chateauneufa, jeno z 2008 roku :) Teraz czekam na okazję lub jej brak by otworzyć ;)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...