Jeżeli chciałabym opisać to wino jednym zdaniem najpewniej podsumowałabym je jako: "Wyśmienite ripasso, które ripassem nie jest".  Nie ma sensu w tym miejscu zanudzać o historii winnicy Masi. Wystarczy tyle, że od dawna są uważani za jednych z kultowych i najlepszych włoskich producentów. A Campofiorin to też butelka nie byle jaka. 

Prawdziwa legenda. 

  Pewien znany market budowlany reklamuje się hasłem "Bądź bohaterem w swoim domu". Radę wzięłam głęboko do serca, jednakże zinterpretowałam ją po swojemu. I tak, wczorajszego wieczora byłam w swoim domu nie tylko bohaterem-także marzycielem!



   Czyż to nie ironia losu, że im częściej się z winem stykam, tym rzadziej o nim piszę? W szufladzie pełno notatek degustacyjnych, a po blogu hula wiatr... Leżą te kartki poupychane po kalendarzach, terminarzach i segregatorach. Napawają mnie dumą i trwogą zarazem. Czy to możliwe, że już tyle "przepiłam"? Tyle, czyli dużo i mało zarazem. 

Im więcej człowiek próbuje, tym okazuje się, że ma więcej ma do odkrycia.



sen z winem w tle
  Późny poniedziałkowy wieczór na obrzeżach metropolii zdaje się tematem całkowicie niegodnym uwagi. Na zewnątrz miejscowe Burki oszczekują atramentową ciemność. I tak jak okoliczne latarnie- nie mogą jej przegonić. 




  Muszę się do czegoś przyznać. Krępująca  to rzecz i żenująca. Najgorsze, że nie jednorazowa! Płonę ze wstydu na samą myśl o niej.


Nie, nie chcę się nią dzielić! 

Jednak zrobię to. Dlaczego?





Z aktualnej oferty Lidla była już biel (recenzja dostępna tu), dla kontrastu więc czas na czerwień.  By było konsekwentnie- ciągle pozostaję w klimatach Bordeaux.

  Nowa oferta win francuskich w Lidlu trwa w najlepsze już od jakiegoś czasu, więc najwyższa pora sprawdzić co w trawie piszczy.

Sauvignon Blanc darzę niesłabnącym uczuciem, więc z tym większym zainteresowaniem otworzyłam wino wyprodukowane z tego szczepu- białego bordosa, Chateu Moulin du Terrier.





  Ostatnio naszła mnie myśl niespodziewana i nagła. Jak to zwykle bywa, zaskoczyła podczas czynności równie nudnej, co niezbędnej - przy sprzątaniu. Porządkując dobra osobiste, wyszło mi niezbicie, że w życiu mogę obejść się bez wielu rzeczy. Ale trybuszon na pewno nie jest jedną z nich.




  Cykl "Winnych Wtorków" śledziłam od dawna, teraz w końcu nadszedł czas by w nich zadebiutować. A temat do debiutu trafił mi się całkiem przyjemny- wina z Austrii. Postanowiłam przy tej okazji przeprosić się z rieslingiem, no bo i pogoda pcha mnie w jego ramiona, i trochę wstyd, że olałam go podczas jego tygodnia (klik!).




  Druga połowa czerwca dla większości Winomaniaków upłynęła pod znakiem niemieckiego rieslinga. Duża w tym zasługa Niemieckiego Instytutu Wina i jego partnerów. To pod ich patronatem, w całym kraju odbywały się degustacje, promocje i inne wydarzenia popularyzujące ten królewski szczep.

  Warto jednak pamiętać, że winiarstwo naszego zachodniego sąsiada, to nie tylko riesling. 

  Przypomniał o tym FOODWINE organizując 18 czerwca degustację win Braunewell z Hesji Nadreńskiej. Komentował ją Stefan- jeden z członków tej małej rodzinnej winnicy.  Spośród sześciu zaprezentowanych win, tylko jedno było rieslingiem. 

   Beczka, beczka, beczka...  Francuska, amerykańska, slawońska i jaka tam jeszcze. Ważne żeby była. Ważne by było ją czuć. To czynnik determinujący zakup, to słowo klucz. Na dużą część kupujących działa jak magnes.


Zdawać by się mogło, że lubimy być nabijani nie w butelkę, a w beczkę właśnie!


czyli po co komu beczkowanie wina?
  Dokładnie 13 czerwca Poznań (już po raz drugi!) stał się stolicą polskich win i serów. W tym roku dołączyły do tego zacnego grona również cydry. Zainteresowanie jakim się cieszyły, było ogromne i na pewno wpiszą się na stałe w ramy tej imprezy. To kolejny już dowód, że gałąź ta rozwija się wyjątkowo dynamicznie i właśnie obserwujemy prawdziwy początek mody na cydry od małych wytwórców. Czy cydrownicy-rzemieślnicy powtórzą sukces podobny do ich kolegów browarników?


Oby! Będę za to trzymać kciuki!



  Niedługo stanie przede mną gigantyczne wyzwanie wykończenia i urządzenia mojego pierwszego "ciasnego, ale własnego" gniazdka. Już czuję ten ciężar i chyba lekko zaczynam fiksować... Mogę rozumieć, że męczą mnie koszmary, ale ja się pytam- co w nich robi moja największa pasja- wino?!




 Można narzekać, że w Warszawie organizuje się więcej degustacji. Można też tego faktu stolicy zazdrościć. Ale można także wziąć sprawy w swoje ręce i takowe degustacje urządzać samemu- w dowolnej formie, ale zawsze w wytrawnym gronie.


I na szczęście w Poznaniu właśnie tak się dzieje. 



  Od dawna wiadomo, że w winach francuskich przoduje Lidl. Biedronka za to czuje się mocna w etykietach hiszpańskich i portugalskich. 

Dlaczego by jednak tego nie zmienić? 


- pomyślały mądre głowy z Owada i ogłosiły maj miesiącem kuchni i wina z Francji. Ponad to po raz kolejny wypuszczono gazetkę informacyjną sygnowaną przez Magazyn Wino. Dla Winomaniaków to jak lep na muchy :)


Muscadet Biedronka

   Nie chodzi tu jednak o to by być dupkiem z wyjątkowym poczuciem winy. Jeżeli, drogi Czytelniku, tak odebrałeś tytuł powyżej- możesz spokojnie porzucić dalsze czytanie. Poniżej roztrząsać będziemy sprawy związane z szeroko pojętym obcowaniem z winem. No wiesz, to taki napój alkoholowy...

  Możesz jednak kontynuować lekturę i w 3 łatwych krokach osiągnąć mistrzostwo w byciu bufonem.  

  Z dużą szansą na powodzenie możesz przeszczepić je również na inne (nie tylko winiarskie) grunty i zostać dupkiem kompleksowym.


 22 kwietnia warszawski Sheraton, na jeden dzień, stał się ogólnopolskim centrum włoskich win, a dokładniej- toskańskich. W wydarzeniu organizowanym przez Magazyn Wino brało udział 38 producentów, którzy zaprezentowali ok. 250 etykiet. Przyciągnęło bardzo wielu miłośników wina związanych z  nim zawodowo, jak i "hobbystycznie".





  Biedronka znowu zaszalała i wytoczyła największe działa w walce o klientelę. Festiwal Słodkich Win, to przede wszystkim genialne zagranie marketingowe. Nie od dziś wiadomo, że statystyczny Polak lubuje się w słodkościach i stoi we wrogiej opozycji do "wytrawnych znawców". A Biedronka chciałaby powalczyć i o jednych i  drugich...




  Opowieść tę chciałam zacząć od stwierdzenia, że wino łagodzi obyczaje. Ale to nieprawda.  
Jest wyjątkowym trunkiem sprezentowanym specjalnie dla ludzi przez Dionizosa. Eeee, bzdury!

Prawda jest okrutna. Wino to alkohol, który prowadzi do rozjuszenia, agresji i przemocy. Tyle, że nie u ludzi (w większości), a u słoni. Tak, SŁONI. I to nie byle jakich, bo BOJOWYCH!




  Wino przywołane w tytule zrobiło ostatnio wśród Winofiołów trochę szumu i nie pozwoliło wobec siebie przejść obojętnie. Jak to się stało, że mało znana francuska apelacja i przewidywalny smak wzbudziły tyle emocji? 


bezsiarkowe wino z Biedronki

  Fitz- Ritter to znany wytwórca win w niemieckim Palatynacie i marka sama w sobie. Mówi się o nim jako o czołówce regionu, a potwierdza to również przynależność do prestiżowego VDP (stowarzyszenia najlepszych niemieckich producentów). Warto wspomnieć, że od 2009 roku Johann Fitz- właściciel winnicy, postawił na modną ekologię i zaczał przygodę z winami organicznymi, która trwa do dziś. Jego słowa potwierdza certyfikat na konretykietach butelek.


fitz-Ritter


  W wirtualnym i realnym obiegu furorę robią różnego rodzaju poradniki. Od "1001 sposobów by schudnąć żrąc", poprzez "Pokaż mi jak kroisz ziemniaki- a powiem Ci kim jesteś". Do wyboru, do koloru. Każdy najmniejszy problem Twojego życia zostanie rozwiązany, a na pytanie "Jak żyć?" wystarczy odpowiedź: "według poradnika mój drogi, według poradnika!".




  Ostatnio natknęłam się na szaleńca! I chociaż samej siebie bym o to nie posądziła- szaleniec ów przypadł mi do gustu.

 Pomimo, że trafił do mnie z Hiszpanii, nie jest jej typowym przedstawicielem. To wszystko dlatego, że tak naprawdę pochodzi z Galicji, której bliżej do Portugalii niż do spalonej słońcem centralnej części ojczystego kraju.





  Pytanie w tytule postawione może nieco skonfundować, ale nie zapominajmy co jest motywem przewodnim mojej tutaj pisaniny. Tak więc nie chciałabym od Clintona ani jego wpływów, ani pieniędzy. Od razu zaznaczę, że romansu z Lewinsky też bym nie chciała. Chciałabym butelkę wina. Bardzo wyjątkowego wina.




  Poszłam do Biedronki po mleko, a wróciłam z winem. Butelkę zakupiłam tylko i wyłącznie z jednego powodu- jej wyglądu. Uwagę skupia etykieta nawiązująca do słynnych, niebiesko-białych kafelek azulejo. Prosta i w tej prostocie oryginalna.
  Wiem, wygląd to najbardziej nierozsądny sposób na wybór wina, no ale cóż-  przed Wami siedzi kobieta (a do tego jeszcze estetka!), więc lepiej głośno nie protestować. Z resztą temat wyglądu etykiet poruszyłam już w nieco wcześniejszym wpisie [dostępnym tutaj].

























   Jeżeli Malbec- to Argentyna! Takie panuje powszechne przeświadczenie dotyczące tego szczepu. A przecież ten argentyński klasyk nie jest wcale ich narodową własnością. Po pierwsze, przybył z Francji (dokładniech z okolic Cachors), po drugie- z powodzeniem uprawiany jest także w innych krajach- tak jak ten, któremu będzie poświęcony dziesiejszy wpis. Lomas del Valle to chilijski wytrawny, stuprocentowy malbec z DO Casablanca.





  Walentynki już dawno minęły i większość o nich tak naprawdę zdążyła zapomnieć, a mnie jak zwykle- poniewczasie, wzięło na przemyślenia. Na szczęście dałam sobie spokój z rozważaniami na temat amerykanizacji naszego społeczeństwa i jej zbawiennego/zgubnego wpływu. Wolałam zająć się w tym kontekście kwestią win (czyżby na sali słychać było pomruk zdziwienia?).




  Muszę przyznać, że nigdy nie pałałam do chianti gorącym uczuciem. Wino, które tak hołubi większość Polaków, nigdy nie wzbudzało we mnie szczególnego pożądania. Tym bardziej wymowne jest to, że Villa Cafaggio Chianti Classico 2010 mocno mnie zaciekawiło by w ostateczności całkowicie sobie zjednać.




  Prosto z Francji w przytulnym bagażniku kochanej cioteczki trafiła do mnie mała (jedynie 375 ml), aczkolwiek całkiem intrygująca butelczyna.
  Intrygująca przede wszystkim ze względu na niezbyt popularne w Polsce miejsce pochodzenia- Gaskonię. Region znany szczególnie z armaniaka, ostatnimi czasy udowadnia raz po raz, że potrafi robić całkiem przyzwoite "normalne" wina.




  Zarzekajcie się i mówcie co chcecie, ale nie uwierzę, że kupując wino nie patrzycie na etykietę. I nie chodzi tu tylko o czytanie, analizowanie i studiowanie przedniej nalepki czy kontretykiety, (to akurat zawsze warto), ale o sam wygląd. 


Estetykę.




  Dziś na tapecie wino musujące. Wprawdzie już po Sylwestrze, ale przecież trwa karnawał, więc temat bąbelków nadal aktualny. Podczas ich poszukiwań można natrafić na półkach części delikatesów (np. Piotr i Paweł) na markę Gancia. Szczyci się ona tym, że jako pierwsza wydała na świat włoskie wino musujące. Nie powinien dziwić więc fakt, że ma go kilkanaście rodzajów w swoim portfolio.




  Nalewając kolejny kieliszek białego wina eleganckiej pani zauważyłam kątem oka, że ta zaczyna się niespokojnie kręcić, rozglądać za resztą swoich znajomych, którzy akurat wyszli na szybkiego "dymka". Upewniwszy się, że żadnego z nich nie ma na horyzoncie nachyliła się ku mnie i tonem jakby wyjawiała największy sekret wyszeptała: "Wie pani, ja to wcale nie lubię białego wina...". Zbiło mnie to z tropu całkowicie, bo kobieta od początku, jak tylko przyszła, zakomunikowała wszem i wobec, że pić będzie tylko biele.




  O szczepie Nero d'Avola i wytwarzanych z niego sycylijskich winach pisałam już wcześniej tutaj. Wówczas była to butelka zakupiona w Biedronce. Na podobną natknęłam się również w Tesco, które reklamuje je pod marką własną Finest mającą reprezentować produkty premium.