sobota, 6 września 2014

Traumy, awersje i paranoje

  Z natury jestem tolerancyjna. Dusza wyje i serce krwawi gdy ktoś nazywa zwykłe bąbelki szampanem, ale jestem w stanie tolerować taki stan rzeczy. Najważniejsze, że chociaż mój ojciec załapał o co chodzi (i to mój największy osobisty sukces).


  Nie unoszę się gdy babcia podając swoją popisową nalewkę z wiśni nazywa ją winem. Dla niej winem jest wszystko to, co fermentuje w gąsiorze schowanym za komodąI ona te swoje wyroby nazywa tak  już od przeszło czterdziestu lat, więc wszelkie moje sugestie trafiają jak kulą w płot. 


o zdrabnianiu nazw alkoholi


Nie dziwi mnie też gdy Pani niby-koneserka pyta o wino ze szczepu Chablis. Nie każdy musi się znać na aspektach prawno-geograficznych i innych wydumanych rzeczach związanych z winem. Wybaczam jej więc, ale nie mogę przebaczyć i odpuścić jednej rzeczy. Po prostu muszę się przyznać, że dostaję szału gdy...

  ... ktoś, całkiem przecież niewinnie, mój ukochany trunek nazwie "winkiem". Jak to brzmi?! No ręce opadają! To jakby dać sygnał, że mamy do czynienia z jakimś fiu-bździu. Ot winko jakieś, ciut nie jabol... 

Naprawdę krew się gotuje gdy słyszę nieśmiertelne "bardzo dobre te WINKO!".


Awersję mam straszną i raczej nieuleczalną. Przy tym hipokrytką jestem ogromną, bo przecież nic nie mam do "piwka" lub "wódeczki". A "winko"- to jakby mi ktoś w ryj dał

O! To chyba sedno! Uroki języka polskiego- takie zdrobnienia alkoholi odbierane są jako rubaszne, zabawne i w gruncie rzeczy umniejszają sprawę. Jak ktoś idzie "na piwko" to przecież i tak wiadomo, że na jednym nie skończy.


o zdrabnianiu nazw alkoholi
Bo niektórzy lubią wino, a niektórzy winko!/ źródło: Joanna Namyślak (cargocollective.com)

A jak jest z tym winkiem? 


Nawet wspomniane wyżej Chablis, chociażby i byłoby to Grand Cru, gubi gdzieś i smak i wyraz przez samo nazwanie go winkiem. To strasznie obraźliwe określenie jest! Nikt tak o porządnej flaszce nie powie.

Tu dochodzimy do palącej części drugiej. Bo, pal licho,  gdybym tylko ja chorowała na zdrobnienia. Zapewniam Was - gros winiarskiego świata nie dopuszcza do siebie takich sformułowań. Wszyscy jesteśmy na nie uczuleni i wyczuleni. Jeden z moich znajomych posunął się w tym nielubieniu tak daleko, że teraz nawet nie mówi "kieliszek do wina", tylko "kielich". Taka trauma!

Na fali filozoficzno-lingwistycznych rozmyślań kończę ten wpis z rozmachem, natchniona myślą, która uderzyła mnie teraz z całą swoją siłą:


  W Afryce szaleje ebola, a w winiarskim światku- paranoja!



1 komentarz:

  1. Oj tam oj tam. Nawet do hobby trzeba podchodzić z riservą ;)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...