czwartek, 28 sierpnia 2014

Winomaniak na weselu, czyli jak oszczędzić wstydu sobie i Twojemu partnerowi

  Znowu narobiłam sobie wstydu. Mój ślubny powiedział, że więcej się ze mną publicznie nie pokaże i basta. Taki był finał eleganckiej kolacji weselnej naszych przyjaciół. Wstyd wziął się oczywiście z mojej miłości do wina. Jednak by tłumaczyć się z tego gościom przy stole już zabrakło mi odwagi...


  Zdarzenie było na tyle niefortunne, że (oprócz nowożeńców) na imprezie nie znaliśmy zupełnie nikogo. Co oczywiste- nikt nie znał też nas i naszych "odchyłów". Ja swoje, na nieszczęście, pokazałam na samym wstępie kolacji. W konsekwencji byłam spalona już do końca jej końca...



  Zaczęło się niewinnie. 


Kelnerzy uprzejmie proponowali wino do obiadu (ach jak ja lubię patrzyć na naprawdę zwinną, profesjonalną obsługę!). Goście wybierali je według własnych upodobań, nie odnosząc się wcale do tego co miało pojawić się na talerzu. Wtedy wychyliłam się po raz pierwszy. Oczywiście musiałam przepytać biednego kelnera z menu przewidzianego na ten uroczysty wieczór. Dopiero po dogłębnej analizie pozwoliłam sobie łaskawie na wino białe.



  W końcu goście, którzy siedzieli najbliżej nas jako pierwsi zainteresowali się tym, dlaczego tak nieznośnie przedłużam rytuał serwowania wina. Przecież też czekali na napełnienie swoich kielichów, a pod stołem nerwowo tupali nogą. Wiem, wiem- na weselach nie przykłada się do takich rzeczy wagi. Każdemu ma być polane- koniec. 

Ja jednak czułam w środku, że umrę z ciekawości i skręci mi przez to kichy, jeżeli nie zapytam o szczep i nie poproszę o obejrzenie etykiety, kontretykiety i  ogólnie rzecz mówiąc całej butelki.  


 Kelner rozumiał moją ciekawość (chyba że robił profesjonalna minę do złej gry), za to już goście, którzy nawet siedzieli dalej wlepili we mnie nienawistne spojrzenia. Mąż je wyłapywał i w myślach sumował do siebie.



  "Uff, w końcu!"- musiał pomyśleć mój małżonek, gdy po owocnej rozmowie kelner przeszedł z butelkami do innych weselników. To było przecież dopiero preludium. Złapałam się wtedy na tym, że pewne czynności wykonuję zupełnie automatycznie, zapominam o wszystkich w koło i bez krępacji... delektuje się winem.



  Najpierw więc zaczęłam kręcić całkiem pokaźnym kielichem, a potem szybko pod nos by poniuchać troszkę jak pies tropiący. Teraz już dosłownie wszyscy patrzyli się na mnie. A ja bez zahamowań wzięłam łyk i zaczęłam głośno bulgotać i mlaskać robiąc przy tym dziwne miny gdy udało zidentyfikować mi się jakiś smak. Mój luby lekko szturchnął mnie łokciem i z wyrzutem powiedział, że chociaż dziś mogłam się opanować od tych barbarzyńskich degustacyjnych zwyczajów, ale było już za późno... Już na zawsze inni goście zapamiętają mnie jako siorbiącą (więc pewnie niewychowaną!) amatorkę wina i jej męża, który był ze wstydu czerwony jak burak.


  Pociecha dla mnie taka, że wesele bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło. Nie spodziewałam się jednak wypić na imprezie tego rodzaju NAPRAWDĘ dobrego wina, a takie właśnie serwowano.

Niech się śmieją, ja się cieszę- bo warto było pomlaskać!
  

2 komentarze:

  1. Genialne!
    Trzeba edukować rodaków!
    P.S.
    Jakie to było wino?

    OdpowiedzUsuń
  2. Idę na wesele w następną sobotę...Aż drżę na myśl,że z powodu słabego wyboru będę musiał siedzieć na trzeźwo(niewykonalne tyle godzin w takich okolicznościach-te imprezy dla abstynentów są nie-do-zniesienia) albo przejść na mocniejsze alkohole. Ale zastanawiam się czy nie wziąć ze sobą czegoś dobrego.... :) Nie wiem jak taki wybryk byłby odebrany ?!

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...